Kilka tygodni temu polski dziennikarz zwrócił się do mnie z propozycją przeprowadzenia ze mną długiego wywiadu – o stanie stosunków ukraińsko-polskich, przyczynach obecnego kryzysu, jego przebiegu i perspektywach rozwiązania. Chętnie się zgodziłem. Przez dwa tygodnie pracowaliśmy owocnie i przygotowywaliśmy tekst do publikacji. Jednak potem coś się wydarzyło. Najpierw pan dziennikarz napisał do mnie, że zlecono mu skrócenie tekstu o ćwierć i że za kilka dni prześle mi skróconą wersję. Dobrze, powiedziałem, poczekam. Ale po dziesięciodniowej przerwie pan dziennikarz raptem napisał, że redaktor wprowadził go w błąd i że w rzeczywistości w jego mediach internetowych miejsca na ten wywiad nie ma i nie będzie aż do końca lata, kiedy temat straci już na aktualności. W odpowiedzi napisałem do pana dziennikarza, że planuję dysponować tekstem według własnego uznania i nie otrzymałem od niego żadnych zastrzeżeń. Publikuję tekst tego wywiadu bez żadnych zmian.
Treść:
O źródłach obecnego konfliktu – Dlaczego Zełenskemu UPA – Dlaczego UPA Ukraińcom – Czy na Wołyniu miało miejsce ludobójstwo – Czy UPA była organizacją całkowicie zbrodniczą lub faszystowską – Stosunek współczesnych Ukraińców do Polaków.
1. O ŹRÓDŁACH OBECNEGO KONFLIKTU
Jakie są Pana Profesora zdaniem źródła obecnego konfliktu polsko-ukraińskiego?
W odpowiedzi na to jedno pytanie można by napisać niejedną rozprawę doktorską. Źródeł tych jest wiele i można je analizować na różnych poziomach.
Zacznijmy od najbardziej powierzchownego: jednym z nich są zaplanowane na przyszły rok wybory w Polsce. To właśnie o tym podłożu mówi się na Ukrainie w pierwszej kolejności, komentując obecne ochłodzenie relacji polsko-ukraińskich. Dominująca u nas teza brzmi następująco: polska prawica potrzebuje pogorszenia stosunków z Ukrainą, aby zmobilizować swój elektorat, więc niezależnie od tego, co Ukraina zrobi lub czego nie zrobi, polska prawica i tak znajdzie powód do zaostrzenia sytuacji. Jeśli jednak cofniemy się o krok, dostrzeżemy, że u podstaw problemu leży również rozdźwięk, jaki zaczął się tworzyć między wieloma Polakami i Ukraińcami po pomarańczowej rewolucji, a pogłębił się jeszcze bardziej po Euromajdanie.
To znaczy?
Paradoksalnie można odnieść wrażenie, że Ukraina pozostająca w orbicie wpływów Rosji była dla wielu Polaków czymś bardziej przewidywalnym i mniej budzącym obawy niż Ukraina proeuropejska. Tę proeuropejską, demokratyczną Ukrainę reprezentowali przecież nie tylko liberałowie, ale także tak zwani nacjonaliści oraz ogromna liczba obywateli, którzy w pewnym stopniu łączyli i nadal łączą poglądy liberalne z nacjonalistycznymi. W tym miejscu należy od razu zaznaczyć, że pod pojęciem "nacjonalizmu" nie mam na myśli niczego o charakterze ksenofobicznym, szowinistycznym czy autorytarnym. Chodzi po prostu o silne poczucie przynależności do ukraińskiego narodu politycznego, który obecnie się kształtuje. Jest przy tym rzeczą zupełnie oczywistą, że Ukraińcy – w porównaniu do Polaków – kładą znacznie mniejszy nacisk na etniczny komponent narodu, a znacznie większy właśnie na ten polityczny. Tymczasem w Polsce jakiekolwiek przejawy ukraińskich uczuć narodowych od razu budziły podejrzliwość: czy przypadkiem nie mamy do czynienia z powrotem na scenę polityczną spadkobierców owych "rezunów", z którymi Polacy wiążą jak najgorsze wspomnienia?
Tutaj rzeczywiście możemy mówić o głębokiej różnicy w siatce skojarzeń, która wówczas powstała i trwa do dziś. Ukraińcy, którzy wyszli na Majdan, którzy stali tam nie tylko pod flagami niebiesko-żółtymi, ale i czerwono-czarnymi, i którzy śpiewali nie tylko hymn Ukrainy (co godzinę), ale także pieśń "Ojciec nasz Bandera, Matka Ukraina", najmniej myśleli wtedy o Polakach. Po prostu chwytaliśmy się wszystkiego, co mogło dać nam wspólne oparcie w konfrontacji z autorytarnym reżimem Janukowycza. Jeśli cokolwiek wtedy czuliśmy wobec Polaków, to była to wyłącznie wdzięczność.
Jakie były jej źródła?
Przytoczę tutaj osobistą historię. 1 grudnia 2013 roku byłem na kijowskim Majdanie i stałem tuż obok sceny. Wtedy, oprócz ukraińskich flag narodowych i partyjnych, powiewały tam flagi tylko jednego zagranicznego państwa: Polski. Na scenie Majdanu, obok ukraińskich polityków i działaczy społecznych, stanęli przedstawiciele tylko jednego obcego kraju: również Polski. Byli to ówczesny wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego Jacek Protasiewicz oraz Jarosław Kaczyński. Kto dzisiaj w Polsce potrafi sobie wyobrazić Jarosława Kaczyńskiego przemawiającego pod flagą ukraińskiej partii nacjonalistycznej Ogólnoukraińskie Zjednoczenie "Swoboda"? A ja widziałem to na własne oczy i mam nawet zdjęcie tego wydarzenia. Kiedy Jarosław Kaczyński skończył swoje przemówienie, jako jedyny z około milionowego tłumu zgromadzonego na Majdanie wpadłem na pomysł, by krzyknąć po polsku: "Dziękujemy! Dziękujemy!". Za trzecim razem to hasło podchwyciło kilkudziesięciu moich sąsiadów, a za piątym razem skandował już cały Majdan. I było to jedyne słowo, które ludzie na Majdanie wykrzykiwali tego dnia nie po ukraińsku.

Tam, na Majdanie, Jarosław Kaczyński najwyraźniej nie zraził się ani "banderowskimi", czerwono-czarnymi flagami, ani obecnością na scenie obok lidera radykalnych ukraińskich nacjonalistów, Ołeha Tiahnyboka (którego partia po Majdanie nigdy już zresztą nie weszła do parlamentu). Jednak zdjęcia z tymi flagami – robione głównie w kolejnych dniach, aż do zwycięstwa rewolucji – przeraziły wielu ludzi w Polsce. To nie przypadek, że właśnie po Majdanie zaczęto niszczyć ukraińskie groby w Polsce, których wcześniej nikt nie dotykał i nie traktował jako czegoś niestosownego.
Zjawisko to nasiliło się szczególnie w latach 2014-2020, a ich organizatorami były polskie organizacje ultranacjonalistyczne.
Owo niszczenie grobów odczytuję jako reakcję na "ducha rezunów", którego część Polaków dostrzegła na Majdanie. Z kolei Ukraińcy, którzy w rzeczywistości nie mieli absolutnie żadnych agresywnych intencji wobec Polaków, odebrali te akty wandalizmu jako przejaw niesprowokowanej wrogości ze strony polskiej. Co najgorsze, to wzajemne niezrozumienie zostało w pełni wykorzystane przez polską prawicę, która dostrzegła w nim niezwykle wygodne i użyteczne narzędzie do mobilizowania Polaków przeciwko rzekomemu nowemu wrogowi zewnętrznemu.
Jak już wspomniałem, nacjonalistyczna partia Ołeha Tiahnyboka po Majdanie nie weszła do parlamentu, jednak po rewolucji Ukraińcy poczuli się znacznie silniejsi jako naród i w swojej narracji historycznej zaczęli mocniej odwoływać się do tradycji walk narodowowyzwoleńczych, w tym z okresu II wojny światowej. To z kolei zrodziło głęboki konflikt pamięci historycznej, stanowiący kolejne źródło obecnych napięć polsko-ukraińskich. Choć o współczesnym postrzeganiu wydarzeń na Wołyniu z lat 1943–1945 powiem szerzej za chwilę, to warto pamiętać, że one również nie wzięły się z próżni, lecz były efektem relacji w dwudziestoleciu międzywojennym. Ostatecznie przyczyn obecnego kryzysu można upatrywać także w zderzeniu odmiennych światopoglądów i mitów tożsamościowych: z jednej strony polskiego obrazu własnego kraju jako "Chrystusa narodów", z drugiej zaś ukraińskiego dążenia do budowania tożsamości wokół walki o niepodległość przeciwko wszystkim, którzy chcą uzależnić Ukrainę siłą lub naciskiem.
2. DLACZEGO ZEŁENSKEMU UPA
W takim razie, jakie motywacje przyświecały prezydentowi Zełenskiemu w kwestii nadania Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych "Północ" Sił Operacji Specjalnych Ukrainy oficjalnej nazwy "Bohaterów UPA"? W Polsce najczęściej mówi się o chęci przykrycia afer korupcyjnych.
Doszukiwanie się tutaj zamiaru przykrycia afer korupcyjnych brzmi wręcz niedorzecznie – to czysta teoria spiskowa. Polakom może być trudno w to uwierzyć, ale na Ukrainie nikt nie zwracał większej uwagi na tę nazwę, dopóki nie wybuchł skandal po stronie polskiej. Żołnierze tej jednostki sami o to prosili, a prezydent Ukrainy po prostu spełnił ich prośbę. Do momentu polskiej reakcji Ukraińcy nie ekscytowali się tym bardziej niż faktem, że dwa lata wcześniej Polska nadała jednej ze swoich jednostek wojskowych imię Armii Krajowej. Oczywiście, Kancelaria Prezydenta Ukrainy albo wzięła pod uwagę, albo przynajmniej powinna była przewidzieć możliwą reakcję Polski, ale to już zupełnie inna kwestia. Gdyby nie sprzeciw z Warszawy, wewnętrzny kontekst polityczny w tej historii w ogóle by nie istniał – absolutnie.
To może w takim razie chodziło o zdobycie poparcia środowisk prawicowych?
Przed reakcją strony polskiej decyzja ta nie miała najmniejszego wpływu na poziom poparcia dla Zełenskiego na Ukrainie. Dopiero po proteście Polaków wokół prezydenta w tej kwestii zjednoczyli się niemal wszyscy Ukraińcy, niezależnie od sympatii politycznych; jedynie nieliczni intelektualiści o jednoznacznie "lewicowych" poglądach uznali krok Zełenskiego za błąd.
Ogólnie rzecz biorąc, niezwykle trudno mówić dziś o jakiejś ukraińskiej prawicy, która wywierałaby realny wpływ na Zełenskiego, czy o tym, że on sam zabiega o jej względy. Dlatego też słowa byłego prezydenta Kwaśniewskiego, jakoby ktoś "wywierał presję" na Zełenskiego w tej sprawie, traktuję jako komunikat skierowany wyłącznie do polskiego odbiorcy.
Dlaczego?
Ponieważ znaczna część dawnej ukraińskiej prawicy walczy obecnie na froncie z Rosją i ma na głowie o wiele pilniejsze sprawy niż bieżące rozgrywki polityczne. Nawet jeśli oderwiemy się od obecnych realiów i spojrzymy hipotetycznie na przyszłe wybory na Ukrainie, trudno wyobrazić sobie Zełenskiego budującego pozycję w oparciu o prawicowe skrzydło. W rzeczywistości Zełenski już w poprzednich wyborach nie startował jako kandydat prawicy (tak pozycjonował się wtedy Poroszenko), a i dziś środowiska prawicowe patrzą na niego raczej z ukosa, nawet jeśli wiele jego konkretnych decyzji uznają za korzystne dla kraju. Prezydent jest zresztą regularnie i publicznie krytykowany – przez wojskowych, dziennikarzy i nie tylko przez prawicę – za to, że w polityce wewnętrznej znacznie bardziej liczy się z osobami uchylającymi się od służby wojskowej (ponieważ to oni przeżyją i pójdą na wybory) niż z tymi, którzy już walczą na froncie. To właśnie tym tłumaczy się zbyt późne i niezdecydowane działania władz w kwestii mobilizacji. Czy to wygląda na umizgi Zełenskiego do jakiegoś hipotetycznego "prawicowego elektoratu"?
Z tego powodu w nadchodzących wyborach prezydenckich o głosy prawicy będą najprawdopodobniej rywalizować kandydaci tacy jak Walerij Załużny czy Kyrylo Budanow, a w wyborach parlamentarnych pojawi się kilka projektów prawicowych, które w żadnym wypadku nie będą pozycjonować się jako ugrupowania proprezydenckie. Hipotetyczny przyszły elektorat Zełenskiego ma charakter bardziej centrolewicowy niż prawicowy, choć oczywiście prezydent znajdzie też swoją "grupę wsparcia" wśród wojskowych i z pewnością wykorzysta to wizerunkowo.
3. DLACZEGO UPA UKRAIŃCOM
Jak współcześnie wygląda ukraińska pamięć o wydarzeniach na Wołyniu i w Galicji Wschodniej z lat 1943–1945? Jak w tym kontekście traktowana jest UPA? W Polsce powszechnie uważa się, że jedynym faktycznym "sukcesem" tej formacji było przeprowadzenie brutalnej czystki etnicznej na ludności polskiej.
Zacznijmy od tego, że o ile dla Polaków "stosunek do wydarzeń na Wołyniu w latach 1943–1945" i "stosunek do UPA" to praktycznie ta sama kwestia, o tyle dla Ukraińców sprawy te przedstawiają się zupełnie inaczej. W ciągu ostatnich kilku tygodni, rozmawiając z różnymi osobami w Polsce, regularnie słyszałem, że wszyscy Ukraińcy, którzy nie potępili decyzji prezydenta Zełenskiego, albo nie wiedzą o zbrodniach UPA na Wołyniu, albo im zaprzeczają, albo wręcz celowo gloryfikują sprawców za ich czyny. W rzeczywistości jednak żadne z tych stwierdzeń nie jest prawdziwe.
A więc Ukraińcy wiedzą o zbrodniach UPA na Wołyniu i Galicji Wschodniej?
Tak, każdy, kto chce wiedzieć, ma do dyspozycji ogromną liczbę ogólnodostępnych informacji. Czy ci, którzy o nich wiedzą, zaprzeczają im? Nie, nie zaprzeczają. Co więcej, Ukraińcy uznają te wydarzenia za zbrodnię, a nie za coś pozytywnego czy godnego usprawiedliwienia.
W jaki sposób?
Widać to choćby po tym, że ukraińska Wikipedia wprost opisuje "tragedię wołyńską" jako czystkę etniczną, zaznaczając jednak, że była ona prowadzona przez obie strony – ukraińską i polską. Myślę, że Polacy zgodziliby się z tym opisem, niezmiennie dodając jednak, że strona polska działała "w odwecie".
Znam też wielu ukraińskich historyków, w tym Wołodymyra Wiatrowycza (który w Polsce dorobił się ugruntowanej opinii manipulatora, często nawet wśród tych, którzy nie czytali żadnego z jego tekstów), którzy również jednoznacznie uznają działania UPA na Wołyniu w tym okresie za zaplanowaną czystkę etniczną. A czystka etniczna to ciężka zbrodnia i żaden Ukrainiec nie zamierza z taką oceną polemizować. W tym miejscu zaczyna się jednak obszar głębokich rozbieżności.
Jakich?
Po pierwsze, czy wydarzenia te były ze strony ukraińskiej ludobójstwem? Polacy przez długi czas nie postrzegali ich w ten sposób, lecz stosunkowo niedawno taka ocena stała się w Polsce oficjalnym stanowiskiem państwowym. Ukraińcy jej nie akceptują i osobiście nie widzę dowodów na to, by była ona sprawiedliwa. Pomijając różnice w interpretacji samego terminu "ludobójstwo" – a to odrębna i powszechnie znana debata – z prawnego punktu widzenia uznanie masowego mordu za ludobójstwo wymaga wykazania tak zwanego szczególnego zamiaru (dolus specialis), czyli intencji unicestwienia określonej grupy (etnicznej, religijnej itp.). W żadnym ze znanych mi dokumentów UPA nie znajduję deklarowanego zamiaru eksterminacji Polaków. Widzę natomiast inny, jawnie artykułowany cel: przymusowe wysiedlenie ludności polskiej z terenów, które Ukraińcy z UPA uważali za terytorium przyszłego państwa ukraińskiego i których kategorycznie nie chcieli uznać za terytorium państwa polskiego (czego, jak wiedzieli, domagał się polski rząd w Londynie). Rzeczywiście, wysiedlenia te były realizowane okrutnymi, brutalnymi metodami, które zasługują na potępienie jako ciężka zbrodnia (czemu, powtórzę raz jeszcze, żaden Ukrainiec nie zaprzecza). Co więcej, część Ukraińców wyładowywała na sąsiadujących z nimi Polakach nienawiść do państwa polskiego, jaka nagromadziła się w nich w okresie międzywojennym. Jednocześnie jednak znam dokumenty OUN, w których wprost napisano, że przedstawiciele UPA tłumaczyli Polakom, iż "Ukraińcy mają pretensje do Polaków nie z powodu ich przynależności do narodu polskiego czy wyznania katolickiego, lecz z powodu ich wrogiego stosunku do ukraińskiej sprawy narodowej i ukraińskich walk wyzwoleńczych na ukraińskich terenach etnograficznych". Moim zdaniem taka wytyczna wskazuje na zamiar przeprowadzenia czystki etnicznej, ale nie ma nic wspólnego z dolus specialis, które stanowi kluczowe kryterium ludobójstwa.
Po drugie, tak jak Polacy dopatrują się – jeśli nie usprawiedliwienia, to przynajmniej okoliczności łagodzącej – dla zbrodni popełnionych przez własną stronę w tym, że były to "działania odwetowe", tak Ukraińcy wskazują, że tłem dla wydarzeń na Wołyniu było często brutalne i upokarzające traktowanie ich w międzywojennym państwie polskim. Dodam od razu: nie uważam, by powoływanie się na "odwet" stanowiło jakiekolwiek usprawiedliwienie – ani dla Ukraińców, ani dla Polaków. Jeśli bowiem zaczniemy szukać w historii odpowiedzi na pytanie "kto zaczął pierwszy", możemy równie dobrze cofnąć się do wyprawy kijowskiej Bolesława Chrobrego.
4. CZY NA WOŁYNIU MIAŁO MIEJSCE LUDOBÓJSTWO
Muszę tutaj zaprotestować. Intencja eksterminacyjna była wyrażona explicite przez dowódców UPA, którzy zaplanowali całość działań mających miejsce w 1943 roku. W historiografii polskiej przytaczany jest cytat z rozkazu dowódcy UPA-Północ, o pseudonimie Kłym Sawur, a więc Dmytro Klaczkiwskiego, brzmiący: "(...) powinniśmy przeprowadzić wielką akcję likwidacji polskiego elementu. Przy odejściu wojsk niemieckich należy wykorzystać ten dogodny moment dla zlikwidowania całej ludności męskiej w wieku od 16 do 60 lat (...) Tej walki nie możemy przegrać, i za wszelką cenę trzeba osłabić polskie siły. Leśne wsie oraz wioski położone obok leśnych masywów powinny zniknąć z powierzchni ziemi". Stąd też działania odwetowo-obronne ze strony polskiej, które miały ograniczony efekt i skalę. Różnica w liczbach ofiar jest gigantyczna, podczas gdy mowa o 100-120 tysiącach Polaków na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, ofiar polskich akcji odwetowych było około 10-15 tysięcy. Co więcej, Komendant Okręgu Wołyńskiego AK dopiero w odpowiedzi na krwawą działalność UPA na Wołyniu 20 lipca 1943 roku wydał rozkaz powołania oddziałów partyzanckich, których celem miała być ochrona ludności polskiej przed UPA. Wcześniej ich działalność była na tym terenie szczątkowa. Co jest przedmiotem krytyki historyków mówiących o "zdradzie Wołynia" ze strony AK. Pierwsze masakry ludności polskiej miały miejsce na początku 1943 roku.
Ten rozkaz Klaczkiwskiego mówi o straszliwej zbrodni, ale nawet w nim nie mowa o eksterminacji wszystkich Polaków, a jedynie o zagładzie dorosłych mężczyzn, którzy mogli przeciwstawić się proklamowaniu niepodległego państwa ukraińskiego na tych ziemiach. Dlatego nie widzę w nim zamiaru ludobójstwa, które oznaczałoby wyniszczenie całej grupy etnicznej lub religijnej – tak jak na przykład naziści wymordowali Żydów.
Działalność Klaczkiwskiego na Wołyniu w 1943 roku była przedmiotem debaty w ramach samego OUN. Na III Zjeździe OUN we wsi Złota Swoboda część działaczy nazwała jego działalność bandytyzmem. Jednak nie zraziło to organizacji do użycia tych samych narzędzi w Galicji Wschodniej w 1944 roku.
W żaden sposób nie usprawiedliwiam przestępczego charakteru tych działań Klaczkiwskiego. Czy stanowią one ludobójstwo? To już inna kwestia.
W Polsce, po publikacjach m.in. profesora Grzegorza Motyki, pojawił się nacisk aby nazywać zbrodnie wołyńsko-galicyjską ludobójstwem. Przypomnę, że w okresie komunistycznym badanie zbrodni wołyńskiej było z wiadomych względów niemożliwe, a anatema ją otaczająca przypominała tę dotyczącą Katynia, czy właśnie, działalności UPA przeciw Sowietom.
Zakładam, że nie dojdziemy tutaj do porozumienia w kwestii tego, czy była to czystka etniczna, czy też ludobójstwo, niemniej jednak powyższe racje historyczne oraz ich wagę polityczną dodatkowo wzmacniał kontekst zakazu ekshumacji. Warto przypomnieć, że obowiązujący od 2017 roku zakaz poszukiwań i ekshumacji szczątków polskich ofiar zbrodni wołyńskiej został formalnie zniesiony na przełomie 2024 i 2025 roku. Dlaczego został on w ogóle wprowadzony i dlaczego zniesiono go tak późno? Jeśli Ukraińcy są w stanie nazywać zbrodniarzy zbrodniarzami to dlaczego nie są w stanie ekshumować ich ofiar?
Jeśli tymczasowy zakaz ekshumacji wpłynął na kwalifikację wydarzeń na Wołyniu przez stronę polską jako "ludobójstwa", to jest to bardzo zła wiadomość. Wszak to bezpośrednio uzależnia ocenę minionych wydarzeń od bieżących interesów politycznych. Muszę jednak przypomnieć, że Ukraina wprowadziła ten tymczasowy zakaz jako desperacki krok protestu przeciwko zniszczeniu ukraińskich grobów w Polsce, których strona polska odmówiła odrestaurowania. Wspomniałem już, że Ukraińcy postrzegali to wszystko jako akt niesprowokowanej agresji ze strony polskiej. Nawiasem mówiąc, pomnik na górze Monastyr nadal nie został przywrócony do stanu sprzed grabieży, chociaż Ukraina, wycofawszy się z żądania jego przywrócenia jako warunku wznowienia ekshumacji, oczekiwała, że Polska to uczyni przynajmniej w odpowiedzi. Teraz na Ukrainie mówi się, że nie należy iść na ustępstwa wobec Polaków, ponieważ nie ustępują sobie nawzajem w odpowiedzi, a jedynie żądają coraz więcej.
5. CZY UPA BYŁA ORGANIZACJĄ CAŁKOWICIE ZBRODNICZĄ LUB FASZYSTOWSKĄ
A w jaki sposób Ukraińcy potrafią oddzielić poglądy na UPA od poglądów na wydarzenia na Wołyniu?
Wyjaśnienie jest takie, że dla Polaków historia UPA ogranicza się wyłącznie do kontekstu Wołynia i w zasadzie kończy na roku 1945, tymczasem dla Ukraińców najważniejszy rozdział tej historii po 1945 roku dopiero się rozpoczyna. Mam tu na myśli nie tylko epizody współdziałania oddziałów UPA i AK w walce ze wspólnym wrogiem, jakim był sowiecki okupant (choć o tych doświadczeniach pamięta się na Ukrainie znacznie lepiej niż w Polsce), ale przede wszystkim heroiczną walkę UPA z władzą sowiecką. W absolutnie beznadziejnych warunkach, bez żadnego wsparcia z zewnątrz, partyzanci UPA stawiali opór całemu aparatowi represji ZSRR aż do 1956 roku, a ostatni żołnierz UPA został skazany na śmierć i rozstrzelany w Kijowie dopiero w 1989 roku.
Według ukraińskich historyków w latach 1944–1956 w walce z sowieckim reżimem totalitarnym zginęło około 155 000 powstańców oraz członków podziemia OUN i UPA, a ponad 100 000 zostało aresztowanych i zesłanych do łagrów. Ukraińcy z wielką dumą wspominają, że nawet w Gułagu więźniowie wywodzący się z UPA zachowywali szczególną godność, inspirując innych współtowarzyszy niedoli. To oni wielokrotnie stawali na czele obozowych buntów przeciwko władzy sowieckiej, w tym tych największych: powstania norylskiego (1953), workuckiego (1953) oraz kengirskiego (1954). We wszystkich tych zrywach żołnierze UPA wykazali się autentycznym heroizmem, który Ukraińcy mają pełne prawo szanować.
W związku z tym jest absolutnie niemożliwe, aby Ukraińcy uznali dziś UPA za "organizację zbrodniczą" jako całą formację i zgodzili się z tezą, że wśród jej członków nie było bohaterów, a jedynie sami zbrodniarze. Polacy mogą stawiać sprawę w ten sposób tylko wtedy, gdy zasadniczo odrzucą jakikolwiek inny punkt widzenia na UPA poza własnym, ograniczonym do kontekstu polsko-ukraińskich czystek, a całą późniejszą historię tej formacji oraz perspektywę zewnętrzną uznają za niebyłą. Tymczasem nawet w czysto polskim kontekście sytuacja – moim zdaniem – była znacznie bardziej skomplikowana niż czarno-biały obraz "ludobójczych Ukraińców walczących bez żadnego powodu z bezbronnymi Polakami".
O tym, jak głęboko "sowiecki" okres działalności UPA dominuje w świadomości Ukraińców nad konfrontacją z Polakami, najlepiej świadczą badania socjologiczne z jesieni 2023 roku. Według tych danych aż 86% Ukraińców wiedziało wtedy niewiele lub zgoła nic o konflikcie polsko-ukraińskim z czasów II wojny światowej (choć myślę, że pod wpływem ostatnich sporów liczba ta zdążyła już spaść). Jednocześnie ponad 70% badanych postrzegało historię UPA przede wszystkim jako historię oporu wobec agresora i obrony niepodległości kraju (ten wskaźnik z pewnością dziś wzrósł). Co ciekawe, zaledwie 26% respondentów uznało, że w szkołach poświęca się tej tematyce wystarczająco dużo miejsca (43% domagało się rozszerzenia programu), a tylko 20% oceniło państwowe wsparcie dla żyjących weteranów OUN-UPA jako satysfakcjonujące (41% uważało, że powinno być ono większe).
Wniosek z tego wszystkiego jest prosty: skoro Polacy już dawno przestali kwestionować istnienie niepodległego państwa ukraińskiego, a Rosja do dziś usiłuje je zniszczyć lub przynajmniej całkowicie sobie podporządkować, nie powinno dziwić, że Ukraińcy szukają inspiracji w determinacji UPA do walki z Moskwą. O morderczej bratobójczej wojnie z Polakami wspomina się tam wyłącznie ze smutkiem. Nie ma tu mowy o żadnym "gloryfikowaniu zbrodniarzy za ich zbrodnie" i kategorycznie być nie może. Wszelkie tego typu głosy w Polsce są wynikiem albo szczerego niezrozumienia realiów (często połączonego z niechęcią do ich wysłuchania), albo świadomej manipulacji politycznej.
A czy Ukraińcy nie dostrzegają zagrożenia, że ten spór o pamięć historyczną może paradoksalnie upowszechnić na świecie wiedzę o zbrodni wołyńskiej i w ten sposób pośrednio wpisać się w rosyjską narrację propagandową, która fałszywie oskarża współczesną Ukrainę o faszyzm czy tendencje neonazistowskie? Praktycznie każda zagraniczna publikacja na temat obecnych napięć polsko-ukraińskich zawiera przecież odniesienia do wydarzeń na Wołyniu, opisując je w sposób zbieżny ze stanowiskiem polskich historyków – jako czystkę etniczną dokonaną przez ukraińskich nacjonalistów.
Z naszej perspektywy jako Ukraińcy nie mamy już pola do manewru: ustami swoich czołowych historyków uznali już przecież działania UPA na Wołyniu za ciężką zbrodnię i czystkę etniczną. Z powodów, o których przed chwilą wspomniałem, nie mogą jednak uznać UPA za całości za organizację zbrodniczą ani przyjąć tezy, że wśród jej członków nie było bohaterów godnych czci, a jedynie sami zbrodniarze. Oczywiście, jeśli strona polska – zarówno w kraju, jak i na arenie międzynarodowej – będzie świadomie nagłaśniać wyłącznie wycinek działalności UPA, ignorując całą resztę oraz szerszy kontekst, Ukraina wizerunkowo na tym ucierpi. Prawda leży jednak po stronie Ukraińców, którzy nie patrzą na własną historię wybiórczo: zbrodnie nazywają zbrodniami, a bohaterstwo bohaterstwem. Będziemy tej prawdy bronić i wierzymy, że ostatecznie to ona zwycięży.
Jeśli zaś chodzi o oskarżenia o faszyzm czy nazizm – jest rzeczą oczywistą, że we współczesnej Ukrainie nie ma po nich nawet śladu. Co więcej, skrajna prawica cieszy się u nas znacznie mniejszym poparciem społecznym niż w wielu krajach europejskich, w tym – niestety – w Polsce. Żaden ukraiński polityk o radykalnych poglądach prawicowych nie może liczyć na poparcie choćby zbliżone do tego, jakim w Polsce cieszy się Grzegorz Braun.
W rzeczywistości nawet teza o rzekomo "faszystowskim" czy "nazistowskim" charakterze OUN-UPA nie wytrzymuje krytyki historycznej. Owszem, wśród liderów tych organizacji znajdowali się zwolennicy radykalnej prawicy, choć ich nacjonalizm nie był bardziej skrajny niż na przykład idee Romana Dmowskiego, na których zresztą poniekąd się wzorowali (podobnie jak na terrorystycznych metodach młodego Józefa Piłsudskiego). Kiedy jednak mówimy o OUN i UPA, nie mamy na myśli partii rządzącej, która mogła narzucić swoją ideologię całemu społeczeństwu za pomocą aparatu państwowego, lecz szeroki i dość amorficzny ruch społeczny. Możemy jedynie spekulować, co myśleli i jakimi poglądami kierowali się szeregowi partyzanci UPA. Na podstawie dostępnych faktów potrafimy już jednak jednoznacznie obalić kilka mitów.
Dla przykładu, mit o zakorzenionej w UPA ksenofobii i radykalnym szowinizmie całkowicie burzą ustalenia ukraińskiego historyka Iwana Patryliaka, według którego w latach 1943–1944 w szeregach tej formacji walczyli przedstawiciele aż 28 narodowości ZSRR, w tym Rosjanie, Ormianie, Gruzini, Azerowie, Uzbecy, Tadżycy czy Kazachowie. Wśród członków UPA bywali oczywiście antysemici (podobnie jak w polskich strukturach zbrojnych tamtego okresu), ale w jej szeregach służyli również Żydzi – jako żołnierze, lekarze, krawcy czy stajenni. Taka jest prawda o UPA, jeśli opieramy się na faktach, a nie na politycznie wygodnych mitach, niezależnie od tego, komu one dzisiaj służą – Rosji, polskiej prawicy czy komukolwiek innemu. Powtórzę raz jeszcze: wierzę, że prawda w końcu zwycięży.
6. STOSUNEK WSPÓŁCZESNYCH UKRAIŃCÓW DO POLAKÓW
Czy na Ukrainie istnieje w ogóle w jakiejkolwiek formie "propolskie lobby"? Mam na myśli stałą obecność w postaci programów stypendialnych, warsztatów, publikacji, działalności organizacji pozarządowych czy szeroko pojętej dyplomacji kulturalnej i historycznej na wzór chociażby niemiecki, czy amerykański? Czy może cała ta narracja o polskiej wiedzy i wyjątkowej ekspertyzie dotyczącej Europy Środkowo-Wschodniej to jedynie miraż, którym żyją wyłącznie elity w Warszawie?
Na Ukrainie istnieje dość szerokie grono osób związanych z Polską biznesowo, zawodowo lub naukowo. Działają u nas cenieni historycy, którzy szczegółowo badają różne okresy dziejów Polski oraz naszej wspólnej historii. Realizujemy także wiele różnorodnych inicjatyw w wielu wymiarach życia społecznego. Jest na przykład Polsko-Ukraińska Izba Gospodarcza, Ukraińsko-Polski Program Wymiany Młodzieży, program współpracy transgranicznej "Interreg NEXT Polska-Ukraina" i tę listę można by ciągnąć dalej. Zaledwie kilka dni temu szereg organizacji społecznych na Ukrainie i w Polsce wystosowało wspólny apel do władz Polski i Ukrainy, wzywając do odpowiedzialności, konstruktywnego dialogu i wzajemnego szacunku. (https://www.ukrinform.ua/rubric-diaspora/4136994-gromadanski-suspilstva-polsi-ta-ukraini-opriludnili-zvernenna-do-vladi-oboh-derzav.html)
Nie znam jednak żadnego ośrodka ani centrum medialnego, które agregowałoby wszystkie te rozproszone inicjatywy, zbierało je w jednym miejscu i systematyzowało. Swojego czasu zaproponowałem zresztą szefowi Fundacji im. Stefana Batorego stworzenie takiego właśnie platformy informacyjnej.
Jak w ciągu ostatnich lat zmieniał się stosunek Ukraińców do Polaków i czy widać tu rozdźwięk między stanowiskiem społeczeństwa a ukraińskich elit?
Mimo świadomości narastających w Polsce nastrojów antyukraińskich, nastawienie Ukraińców do Polaków pozostaje przeważnie pozytywne, choć widoczny jest niepokojący trend. W badaniach opinii publicznej z 2022 roku negatywne nastawienie deklarowało 0% Ukraińców, w 2023 roku – 1%, natomiast do 2026 roku odsetek ten wzrósł do 8%. W tej kwestii nie ma różnicy między zwykłymi obywatelami a elitami – obie grupy są zasmucone wybiórczym i jednostronnym podejściem wielu Polaków do wspólnej historii. Różnica polega jedynie na tym, że społeczeństwo reaguje na ten fakt emocjonalnie, podczas gdy intelektualiści i politycy starają się szukać płaszczyzny porozumienia.
A czy w tym wzajemnym ochłodzeniu relacji kryje się podtekst przyszłej rywalizacji o wpływy w regionie?
O ile Ukraina nie widzi w Polsce wroga, o tyle wiele wskazuje na to, że polskie elity już teraz zaczynają postrzegać powojenną Ukrainę jako nowego, niepożądanego konkurenta geopolitycznego w Europie Środkowo-Wschodniej.
Obok bieżącej walki wyborczej to właśnie ta obawa przed wzrostem znaczenia Kijowa stanowi jedno z najgłębszych, strukturalnych źródeł obecnej, świadomej eskalacji nastrojów antyukraińskich przez część polskich polityków.
Czy widzi Pan Profesor jakiekolwiek ścieżki wyjścia z obecnego konfliktu pomiędzy Kijowem a Warszawą?
Obawiam się, że w krótkiej perspektywie czasowej jesteśmy na niego skazani. Wynika to z faktu, że od "narodowego egoizmu" w stylu Dmovskiego do egoizmu stricte partyjnego jest tylko krok; dziś dla wielu polityków liczy się wyłącznie wygranie najbliższych wyborów, a refleksja nad tym, "co dalej", schodzi na dalszy plan.
Oczywiście w ujęciu strategicznym zarówno Polska, jak i Ukraina odniosłyby znacznie większe korzyści z głębokiego partnerstwa niż z rywalizacji. Polskiej prawicy trudno jest jednak do tego partnerstwa powrócić. Z jednej strony nie jest ona w stanie złamać Ukraińców szantażem historycznym – opartym na jednostronnej, czysto polskiej narracji i powtarzaniu hasła: "inaczej nie wejdziecie do UE". Z drugiej strony nie potrafi się już wycofać i przyznać, że Ukraińcy mają prawo do własnej pamięci, gdy odrzucają bezwarunkowe narzucanie im polskiego punktu widzenia.
To strategiczny impas, z którego prowadzą tylko dwie drogi. Albo większość Polaków uzna, że wspólna przyszłość obu narodów jest ważniejsza niż spory o przeszłość, albo polityka polskiej prawicy zwycięży i doprowadzi do tak negatywnych konsekwencji dla obu stron, że społeczeństwo odrzuci ją dopiero po odebraniu nowej, gorzkiej lekcji. Ze strony ukraińskiej ręka pozostaje wyciągnięta. Jesteśmy gotowi pójść tak daleko w stronę kompromisu, jak to tylko możliwe bez zdrady prawdy historycznej i własnej przeszłości, w całej jej złożoności.
======================================
Ołeksiy Panych urodził się 8 maja 1960 roku w Odessie (Ukraina). W latach 1970–2013 mieszkał w Doniecku na wschodzie Ukrainy, a od 2013 roku mieszka w Kijowie. Posiada stopnie doktora filologii i doktora habilitowanego z historii filozofii. Wykłada filozofię w Seminarium Ewangelickim w Kijowie i tłumaczy z języka angielskiego, francuskiego, starogreckiego i łaciny; między innymi przetłumaczył "Metafizykę" Arystotelesa na język ukraiński. Regularnie publikuje również artykuły na tematy społeczno-polityczne w wiodących ukraińskich mediach internetowych.